Rewitalizacja czyli do czterech razy sztuka

Ciekawe, czy uda mi się tym razem zrewitalizować bloga. Tyle razy już do tego podchodziłam i nic nie wychodziło. Zobaczymy. Naszło mnie dziś tak jakoś i choć pisze się ciężko i inspiracja jakoś nie przychodzi, to coś tam skrobnę. Jednak wstrętny mobilny internet się przeciwko mnie sprzysiągł i się odłączył, skutkiem czego nie mogłam skończyć wpisu wczoraj, a dopiero dziś. Ale jestem zdeterminowana, by go skończyć.

Spontanicznie wyskoczyłam wczoraj na kryminalny literacki wieczorek w mojej ulubionej Cafe Museum. Kiedyś w ogóle powinnam jeden, a może kilka wpisów poświęcić wiedeńskiej tradycji kawiarnianej. Póki co tylko napiszę, że kawiarnia to w Wiedniu prawdziwa instytucja. I z dawien dawna związana z literaturą. Kawę mają genialną. Ale herbatę podłą. Choć dobra chai latte nie jest zła.

todeswalzer-072326849Ale miało być o wieczorku. Otóż w Cafe Museum raz w miesiącu jest wieczorek literacki, podczas którego wybrany austriacki pisarz czyta ze swego dzieła, a następnie można zdobyć jego podpis. Przy rozkoszach duchowych można doznać również rozkoszy podniebienia. Zatem spontanicznie postanowiłam wpaść na tę ucztę duchową i fizyczną.

Tym razem, w setną rocznicę wypowiedzenia wojny Serbii przez cesarza Franciszka Józefa, w Cafe Museum zaprezentował się autor serii powieści kryminalnych o inspektorze Nechybie, Gerhard Loibelsberger. Książka na czasie, boć akcja toczy się właśnie w początkach pierwszej wojny światowej. I po raz pierwszy usłyszałam prawdziwą odezwę cesarza do wiernych poddanych o konieczności wypowiedzenia wojny. Rewelacja normalnie, a jeszcze w wydaniu Loibelsbergera to prawdziwy cymesik. Ciekawe, czy jako licealistka doceniłabym takie rzeczy na lekcji historii, czy też by mnie znudziły? Miejsce akcji powieści czarowne, jak to Wiedeń, lekkie pióro, świetny głos i zdolności aktorskie autora. Czego chcieć więcej? Mimo że kupiłam papierowe wydanie „Todeswalzer”, śmiertelnego walca, nie mogłam się oprzeć pokusie kupienia również audiobooka, tym razem z pierwszej powieści o Nechybie, „Die Naschmarktmorde”, czytane przez samego autora. Ciekawe, czy poradzę sobie z wiedeńskim akcentem?

A wracając do domu pasażem na stacji metra pod Karlsplatz trafił mi się taki oto widok:

knigiWypożyczone książki w Wiedniu od 1. stycznia: 7.281.951

Wyszło by na to, że statystyczny Wiedeńczyk wypożyczył do tej pory jakieś 4,2 książki. Ciekawe, ile w Warszawie wypożyczono. Oczywiście, fandom znacząco podnosi liczbę przeczytanych książek, ale chyba nie do tego stopnia. Ciekawe, czy gdzieś prowadzi się statystyki wypożyczonych książek. No, ale polskie biblioteki nie wszystkie jeszcze są skomputeryzowane, więc pewnie nie ma danych.

Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem wymierającym gatunkiem. Czytam, o zgrozo książki. Ostatnio zakochałam się w serialu „The Big Bang Theory” i po przeczytaniu definicji na Wikipedii doszłam do wniosku, że jestem nerdem. Nerdem może być również humanista i lingwista. I kolekcjoner książek. A moja biblioteka wczoraj wzbogaciła się o kolejne trzy książki i jeden audiobook. Dziś zaś markuje mam nadzieję początek mojej przygody z językiem słowackim. Skoro w Wiednia właściwie nie ma fandomu, trzeba zainteresować się fandomem u braci Słowaków. Stąd też, zachęcona recenzją w „Nowej Fantastyce” kupiłam powieść ASa słowackiej fantasy, Juraja Červenáka, „Władca wilków”. A dziś kolega z Bratysławy przywiózł mi słowacki oryginał. Tu powinna teraz zabrzmieć piosenka sióstr Pointer, „I’m So Excited”, ale chyba każdy ją zna. Przy okazji przypomniało mi się, że miałam napisać relację ze Slavkonu w Bratysławie, w kwietniu tego roku. Jakoś nie mogłam się zmobilizować. Ale może jakoś mi się jeszcze uda w tym tygodniu. Trzymajcie za mnie kciuki.

Published in: on Lipiec 29, 2014 at 7:45 pm  Dodaj komentarz  

Kobieta z Wysokiego Zamku: Regeneracja – Gra Endera

Obrazek

No i stało się. Od jakiegoś czasu noszę się z myślą o reaktywacji albo regeneracji bloga. Jestem uzależniona od słowa pisanego we wszystkich wersjach. Również jako tfurca. A że to, co wypływa spod moich palców, da się chyba czytać, więc do trzech razy sztuka.

Okazją do regeneracji stała się ekranizacja „Gry Endera”. Pierwszy raz o powieści Orsona Scotta Carda usłyszałam w 1987 roku, na pierwszym roku studiów. Bardzo mnie to wtedy rozśmieszyło, bo szef ZSP, do którego wtedy należałam, nazywał się Jarosław Ender. A w ZSP mieliśmy wtedy taki mały klubik SF, gdzie raz w miesiącu organizowaliśmy soboty z fantastyką, filmy i spotkania z autorami. Pamiętam demoniczny śmiech Krzysztofa Borunia i bujną czuprynę Jacka Piekary. Ale jak zwykle szybko zabrakło entuzjazmu i wszystko rozeszło się po kościach.

A parę lat później przeczytałam powieść. I zachwyciła mnie. To jest jedna z tych niezapomnianych książek, która sprawia, że kochamy fantastykę. I do której wracamy i utwierdzamy się w tym, że nawet po latach nic nie traci. Kilka lat temu wróciłam do „Gry Endera” w angielskiej wersji audiobookowej. Rewelacja. Coś między typowym lektorem a słuchowiskiem.

Obrazek

Ale wracając do ekranizacji, to z początku nie chciałam spoilować, ale w sumie przecież każdy to czytał i każdy wie, co będzie i jak to się skończy, więc jak można mówić o spoilerach. Uzmysłowił mi to Radek Kot – dziękuję, Kocie. Mogę zatem pisać, co mi się żywnie podoba, nie licząc się w ogóle z czytelnikiem. Jakże to komfortowa sytuacja. „Gra Endera” wydawała mi się pozycją bardzo trudną do zekranizowania. Te sceny w szkole bojowej, jak pokazać bitwy i całe to planowanie i walkę z robalami w sposób, który nie byłby sztuczny. Ale myślę, że to się udało. Zapamiętałam taki cytat z Oscara Wilde’a, który mawiał, że ma bardzo zwyczajny gust; zadowala się już najlepszym. Ze mną jest podobnie. Mam bardzo zwyczajny gust, lubię, jak film mi się podoba i trzyma się kupy, żebym się go nie czepiała. Bo ja się nie lubię czepiać.

A tu mi jakoś wszystko pasowało. Nie odbiegało od tego, co pamiętałam z książki. Aktorzy byli odpowiednio dobrani. Od strony wizualnej film wspaniały, sceny batalistyczne i w szkole zapierające dech w piersiach, a muzyka Jablonsky’ego świetnie dopasowana. Żałuję tylko, że nie zrobili tego filmu w 3D. Ostatnio zapanowała jakaś głupia moda na to, żeby wszystkie filmy, nawet te, gdzie zupełnie nie ma takiej potrzeby, robić w 3D, albo przynajmniej w postprodukcji 3D dorobić na siłę. Wychodzą potem takie koszmarki jak „1920. Bitwa Warszawska”. Nawet „Star Trek. Into Darkness” mógł się spokojnie obyć bez 3D. Przypominam sobie właśnie całego „Voyagera”, na 15 calowym laptopie i nie czuję, żebym coś traciła, oglądając to w ten sposób.

Obrazek

Natomiast oglądając „Grę Endera” w kinie cały czas żałowałam, że nie jest to w 3D. Jest to niesłychanie plastyczny film. Zachwyciły mnie panoramiczne ujęcia, pokazujące start promu, którym kadeci lecieli do szkoły bojowej. Z jednej strony mamy bitwy w kosmosie i wielkie stacje kosmiczne, a z drugiej strony wielkie zalesione połacie na ziemi i gigantyczne porty kosmiczne, z których startują owe promy. Ten świat wcale tak bardzo nie różni się od tego, co znamy. Dom Endera jest zwyczajnym domem na amerykańskim przedmieściu, przed którym parkuje zwyczajny samochód. Takie to swojskie. A jednocześnie za chwilę płyniemy w nieważkości wraz z kadetami z pierwszego roku w sali bojowej. Ach, dlaczego to nie było w 3D! Ale i tak zapierało to dech w piersi.

Malakh wrzucił na FB linka do recenzji ekranizacji „Gry Endera”, którą ktoś napisał na podstawie trailerów i argumentujący, dlaczego to będzie zła ekranizacja i zły film i przyczepiający się do wszystkiego. http://gameplay.pl/news.asp?ID=78862 Typowy malkontent, któremu nic się nie podoba. Ja tam wolę widzieć szklankę na w pół pełną, niż na w pół pustą.

Ja ekranizacją „Gry Endera” jestem zachwycona. Z pewnością pójdę jeszcze raz, może nawet na szybko sobie przeczytam powieść, żeby porównać dokładniej. No i co z tego, że Asa Butterfield jest nastolatkiem, a nie 6-cio czy 8-miolatkiem? Zastanawiam się, czy jako dorośli bylibyśmy się w stanie zidentyfikować z tak małymi dziećmi? I czy w ogóle możemy odróżnić, czy dzieciak ma 11 czy 13 czy może raczej 14 lat. To i tak są dzieci, nie dorośli, więc w zasadzie wszystko się zgadza. A znaleźć tyle takich małych dzieciaków, które by potrafiły to zagrać byłoby raczej niemożliwe. I pewnie biorąc pod uwagę amerykańskie prawo niedozwolone.

Oglądając film w kinie (cudne małe kino w podziemiach na Mariahilfer Straße, bez niemieckiego dubbingu na szczęście, choć drżę na myśl o polskim dubbingu), cały czas miałam gdzieś w pamięci, do czego tenże recenzent się przyczepiał. A to, że major Anderson jest teraz kobietą, w dodatku murzynką. No i co z tego? To nie miało akurat żadnego wpływu na przebieg filmu. W sumie nawet fajnie wyszło. Taka matrona, której zależy na zdrowiu psychicznym dzieci, że ich psyche jest niszczona w szkole, a ona potem musi je na Ziemi składać do kupy.

Obrazek

Albo Mazer Rackham, z tatuażami w maoryskim stylu na twarzy. Nie pamiętam już, jak to wyglądało w książce, ale wyjaśnienie w filmie wydaje się rozsądne, więc nie mam zastrzeżeń. A poza tym Ben Kingsley, kochani, Ben Kingsley! On może być zielony w różowe kropki, ale to zawsze będzie Ben Kingsley. I Harrison ‘Indiana’ Ford. No po prostu rewelacja. A młodzi aktorzy grają świetnie. Pasują jak ulał to swoich ról. Wspaniale pokazane wszystkie interakcje i jak Ender powoli zdobywa swoją pozycję przywódcy. Ach, jak pięknie widać, kiedy dokonuje tych wszystkich kalkulacji i decyzji. Jak powoli staje się dowódcą, mającym wszystko pod kontrolą i wizję walki z robalami.

Obrazek

Asa Butterfield, nie znany mi wcześniej z żadnych filmów, jako Ender sprawdza się bardzo dobrze. Z jednej strony genialny strateg i charyzmatyczny przywódca, a z drugiej jednak przerażony młody chłopak, gdy uzmysławia sobie, że dokonał xenocydu. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić w roli Endera jakiegoś 8-miolatka. Pamiętam, że chyba baliśmy się, że zostanie pokazany jakiś młodzieżowy romans, wszak to takie modne, no i trzeba trafić we wszystkie gusta, i w ogóle. Na szczęście nic takiego nie ma. Ender i Petra Arkanian są przyjaciółmi, zależy im na sobie, ale nie w żadnym erotycznym kontekście. W ogóle wszyscy młodzi aktorzy bardzo się sprawdzają. Nie pasuje mi tylko Abigail Breslin jako Valentine. Na szczęście nie gra tutaj zbyt wielkiej roli, ale i tak szkoda. Czyżby Breslin sprawdzała się tylko jako mała dziewczynka, a teraz, gdy dorośleje, straciła swój talent?

Jak dobrze, że ten film nie powstał 10 lat temu. Wtedy nawet w połowie tak dobrze by się tego nie dało pokazać. To jeden z tych filmów, na które warto było czekać. Z opowiadań Orsona Scotta Carda w Cieszynie odniosłam wrażenie, że był on w duży stopniu zaangażowany w prace nad filmem. I powinien być chyba zadowolony. Powstał kawałek dobrego kina SF, który powinien zachwycić zarówno tych, którzy znają powieść, jak i tych, którzy jej jeszcze nie znają. Znakomicie wplecione w akcję filmu są fragmenty z gry z olbrzymem i jak wszystko potem przekłada się na kolonię robali, w której Ender i jego drużyna przygotowują się do ostatecznej bitwy. Ach, jaka piękna i obca jest królowa robali.

Obrazek

Wspominałam już, że warstwa wizualna filmu jest zapierająca dech w piersiach. Tu wszystko się zgadza w najdrobniejszych szczegółach. Zarówno w skali makro, jak i mikro. Pamiętacie, jak w „Raporcie Mniejszości” Tom Cruise przeglądał różne zdjęcia i dane na holograficznym displayu? Tu wszystko jest pokazane dużo lepiej i, choć nie znam się na komputerach, dużo bardziej prawdopodobnie. W ogóle cały świat w „Grze Endera”, technologia i ludzie, sprawiają wrażenie prawdopodobnych. Tak to może wyglądać za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat.

Na koniec krótko o muzyce. To chyba mój nowy ulubiony soundtrack. W ogóle bardzo lubię Steve’a Jablonsky’ego, czy to z filmów czy gier komputerowych. Bardzo charakterystyczne tematy, niby podobne do siebie, ale jednak inne. Momentami może lekko gigantomaniczne, tak samo jak w Transformers, ale jednak świetnie podkreślające akcję, a i jako samodzielne utwory słucha się bardzo dobrze. No, chwyta mnie za serce po prostu. Ale ja chyba zwyczajnie jestem sentymentalna i łatwo się wzruszam.

I pamiętajcie, tak jak Groszek przypomina Enderowi, brama nieprzyjaciela jest w dole.

Published in: on Październik 26, 2013 at 7:50 pm  5 komentarzy  

Wiedeń – miasto dla ludzi

Wiedeńczycy są bardzo dumni ze swojego miasta. Że tu się dobrze mieszka i w ogóle. I faktycznie już któryś raz z rzędu w jakimś badaniu jest miastem, w którym poziom życia jest najwyższy i w ogóle fajnie się w nim mieszka. Jako że jestem osobą, która nie lubi jak jej się coś wciska, trochę się na to boczyłam. I wychodził mój patriotyzm lokalny, bo autentycznie lubię Warszawę – choć ostatnio coraz bardziej mam jej dość, nawet mieszkając od 8 miesięcy poza nią.

Ale jest wiele rzeczy, które autentycznie mi się w Wiedniu podobają. Genialna jest po prostu komunikacja miejska. Po Wiedniu można się poruszać bardzo łatwo, autobusy i tramwaje jeżdżą często, nie mówiąc już metrze. Miasto jest czyściutkie, dobrze zorganizowane, ludzie jacyś tacy chyba bardziej sympatyczni niż w Polsce i jakoś cieplej usposobieni. Może to iluzja, ale jakoś tak mi się wydaje.

Sprawy socjalne są w Wiedniu niezwykle ważne, na każdym kroku się o tym trąbi. I jakoś wszystkie służby miejskie działają jednomyślnie i nie kłócą się ze sobą i robią tak, żeby obywatelowi było przyjemniej. Może to też iluzja, ale tak mi się na razie wydaje. W każdym razie zachwyciłam się, jak w moim parczku po sąsiedzku – właśnie parczku, bo w Wiedniu jest mnóstwo parczków właśnie i skwerów, zwanych szumnie parkami – zobaczyłam porozwieszane hamaki i ludzi huśtających się w nich. Przyszła wiosna, służby miejskie rozwiesiły hamaki. I każdy sobie może w takim hamaku się pohuśtać. A w innym parku miejskim pojawiły się ponoć leżaki. Może też się wybiorę zobaczyć. Natomiast w parku Arenberga, w sąsiedztwie flakturmów jest trawnik do leżenia, gdzie na słońcu wyleguje się kto może. Ogólnie trawników nie powinno się deptać, ale tu jest wyraźnie napisane „Liegewiese” czyli łąka do leżenia.

Fajnie. Takie rzeczy mi się w Wiedniu podobają. Mniej mi się podobają ich dziwne godziny otwarcia czegokolwiek. Większość zdaje się być skierowanych tylko do emerytów, pań domu i bezrobotnych. 19 kwietnia tradycyjnie obchodzi się hanami, japońskie święto kwiatów wiśni. W 1996 roku, z okazji 1000-lecia Austrii (lepsi jesteśmy o 30 lat!), rząd Japonii podarował miastu Wiedeń 1000 drzewek wiśni. I część z nich zasadzono na Donauinsel. No i w czwartek było tam właśnie hanami, od 13:00 do 16:00, z ceremonią parzenia herbaty i origami i występem chóru szkoły japońskiej. No i ciekawe dla kogo? Kto mógł przyjść wtedy? Emeryci, bezrobotni i panie domu.

Uwaga na marginesie – chyba muszę przestawić sobie ustawienia Worda. Przed chwilą zmienił mi „origami” na „orgiami”. LOL. Origami z orgiami? Orgie z origami? Orgiastyczne origami?

Ale wracając znowu do godzin otwarcia, to tak samo w czwartek był odpowiednik „Dnia Glamour”, który co roku w Polsce w którąś sobotę kwietnia urządza miesięcznik „Glamour”, a w Austrii nazywa się dnie „Woman” od tygodnika „Woman”. Oczywiście były specjalne kupony zniżkowe i specjalne zakupy. W czwartek. W środku tygodnia, kiedy sklepy są otwarte do 18:00, w porywach do 20:00 w Donauzentrum, albo w Voesendorf, do którego jeszcze nie dotarłam, bo chyba się tam jedzie z godzinę specjalnym autobusem. Jak kończę pracę o 18:00 to akurat jestem w stanie skorzystać z takiego „Woman Day”.

Dziwna ta Austria.

Published in: on Kwiecień 20, 2012 at 8:01 pm  Comments (1)  

Nulle dies sine linea 2.0

No i na moim własnym przykładzie przekonałam się, że dobrymi intencjami wybrukowana jest droga do piekła. Miało być codzienne pisanie. No i nie popisałam się. Ale mam szczere chęci poprawić się. Może coś jednak wyjdzie.

Póki co tekściki będą krótkie, ale może za to w miarę regularne. Aura jakby bardziej już sprzyjająca. Dnie stają się dłuższe i cieplejsze, słońce coraz śmielej wychodzi zza chmur. Ostatnio nawet zaczęłam podśpiewywać starych dobrych Elektryków czyli Electric Light Orchestra.

Sun is shinin’ in the sky
There ain’t a cloud in sight
It’s stopped rainin’ ev’rybody’s in a play
And don’t you know
It’s a beautiful new day hey,hey

Runnin’ down the avenue
See how the sun shines brightly in the city
On the streets where once was pity
Mister blue sky is living here today hey, hey

Mister blue sky please tell us why
You had to hide away for so long
Where did we go wrong?

Hey you with the pretty face
Welcome to the human race
A celebration, mister blue sky’s up there waitin’
And today is the day we’ve waited for

Hey there mister blue
We’re so pleased to be with you
Look around see what you do
Ev’rybody smiles at you

A oprócz tego dziś nauczyłam się nowego, prawdziwie wiedeńskiego słowa. Albowiem lokalne Radio Wien codziennie puszcza konkurs “Sprechen Sie Wienerisch?” – czy mówią państwo po wiedeńsku. I dziś od razu odgadłam. Jestem z siebie dumna, nawet nie musieli mi podawać trzech możliwości do wyboru. Sama wiedziałam.

Jakie to było słowo? No, nie zgadniecie na pewno – Brambori! Tak, jest to wiedeńskie słowo. I oznacza… no co oznacza? Tak, zgadliście – kartofle!

Wcześniej dowiedziałam się, że funkcjonuje też po wiedeńsku słowo nóż, albo nusch, nie mam pojęcia, jak się je pisze, ale znaczy właśnie to samo co po polsku. I jest też słowo czaj na herbatę.

A Brambori oczywiście przyszły z Czech. Każdy Polak to wie. Ale nie wiem, czy każdy Polak wie, skąd się to słowo wzięło w czeskim. Otóż wzięło się stąd, że Brandenburczycy uprawiali w Czechach kartofle i od nich Czesi zaczęli nazywać ziemniaki. Na to bym nie wpadła. Ciekawe, jakie słowo będzie jutro.

 

 

Published in: on Kwiecień 18, 2012 at 7:38 pm  Dodaj komentarz  

Nulle dies sine linea

Od paru dni chodzi mi po głowie ta sentencja. I jeśli ktoś wie, skąd ona pochodzi, to proszę dać mi znać. Ani ciocia Wikipedia ani wujaszek Google nie mogli mi pomóc. Jak będę w domu, to przejrzę Kopalińskiego. Zresztą może przeszukam internetowo Kopalińskiego. Coś jest w necie. W każdym razie zbliża się koniec roku i czas zrobić rekapitulację i w ogóle zastanowić się nad postanowieniami na przyszły rok. Jak zwykle mnóstwo ich będzie i może nawet kilka z nich uda mi się zrealizować. Ale najważniejszym postanowieniem będzie owo tytułowe „nulle dies sine linea”. Będę się starała każdego dnia coś napisać i przetłumaczyć. Nie wolno sobie folgować. Im więcej mam zajęć, tym więcej zwykle udaje mi się zrobić. Bezczynność i lenistwo są zabójcze dla człowieka. Póki co udało mi się odprawić jedną nowennę pompejańską, czyli wbrew pozorom nie dziewięć dni, ale trzy razy dziewięć razy dwa czyli pięćdziesiąt cztery. Teraz zaczęłam kolejną. I póki co mi się udaje. Co więcej, uspokaja mnie, nadaje kierunek moim myślom, wprowadza porządek w moje życie. Może i z pisaniem i tłumaczeniem też będzie podobnie? Bardzo na to liczę.

I gorąco liczę, że już się więcej nie będę przeziębiać. W niedzielę 23 października udało mi się zrobić ostatni wpis na blogu, ale nie zdążyłam jeszcze opisać mojego spaceru po Donauinsel właśnie owej niedzieli. Nie był to dobry pomysł. Na Donauinsel trzeba było się wybrać we wrześniu, kiedy jeszcze było ciepło i otwarte były wszelakie przybytki kulinarne i rozrywkowe. W przyszłym roku na pewno tak zrobię. Bo Donauinsel jest kapitalna. Długa, sztuczna wyspa usypana na samym środku Dunaju. Na miejscu kafejki, bary, place zabaw, kąpieliska i grillowiska i ścieżki rowerowe. Gdy jest ciepło tętni życiem. W październiku było zimno i wiało i mnie wywiało. Padłam w środę, 26 października, w święto państwowe Austrii. Myślałam, że jeden dzień w łóżku, wygrzanie się mi pomoże. Potem pojechałam do domu na Wszystkich Świętych i dalej mnie przeziębienie męczyło. Przy okazji ostatnio poznałam nowe słowo – verkühlen, wyziębić się. W Austrii chyba jakoś nie mówi się erkälten, przeziębić się, tylko verkühlen. Dziś przeczytałam felieton Rafała Kosika w Nowej Fantastyce, w którym napisał o nowym słowie, którego się nauczył – formikarium, czyli terrarium dla mrówek. Ja nie za bardzo mam teraz okazję uczyć się nowych polskich słów, ale niemieckich a i owszem. Nawet jeśli wszyscy mnie biorą za imigrantkę z Niemiec, nie znaczy to, że znam wszystkie niemieckie słowa.

Powinnam zresztą założyć sobie zeszycik z wszystkimi nowymi austriackimi słowami. Może mi się kiedyś uda. Choć ileż to ja miałam założeń i planów i dobrych chęci. Którymi jak wiadomo jest wybrukowana droga do piekła. Ale może jeszcze wrócę do dokumentowania wiedeńskiego socrealizmu i publicznych toalet i drzwi wejściowych do wiedeńskich kamienic. Jak dni zrobią się dłuższe i lepsze będzie światło, to kto wie.

Tymczasem przeziębienie, którego się nabawiłam na własne życzenie rozbuchało się na dobre po moim powrocie z Polski i trzymało prawie 2 tygodnie. Potem już miałam po prostu dość siedzieć w domu i choć właściwie nic a nic nie było lepiej, wróciłam do biura. Miałam dość nawet seriali SF, które oglądałam na komputerze. I zupełnie nic mi się nie chciało. Miałam dość wszystkiego. Wieczorami wracałam do domu i oglądałam kolejne odcinki Doktora Who, Dextera i kogo tam jeszcze. Dalej zresztą oglądam, ale zamierzam rzeczywiście zebrać się w sobie i każdego dnia coś napisać bądź przetłumaczyć. Przynajmniej nie będę myślała o jakichś głupotach i popadała w jakieś przygnębienie, bo zwyczajnie nie będę miała na to czasu.

W sobotę 26 listopada była tradycyjna wigilia Wiedeńskiej grupy miłośników fantastyki. Trochę wcześnie, ale ponieważ mają zwyczaj spotykać się w każdy ostatni piątek miesiąca, to grudniowe spotkanie odpada, więc spotykają się wigilijnie w listopadzie. I każdy dla każdego przynosi prezent. I podobno każdy dostaje więcej prezentów, niż sam przynosi, co powinno być matematycznie niemożliwe, ale w praktyce jak najbardziej wychodzi. Tak przynajmniej opowiadał mi Alfred, dusza całego towarzystwa. Moja kolekcja książek wzbogaciła się zatem o kolejne dziesięć sztuk, w tym nawet 3 książki po polsku! Na Franza Rottensteinera można liczyć. Krytyk literacki i popularyzator fantastyki. Muszę mu następnym razem powiedzieć, że wiele lat temu się spotkaliśmy w ośrodku austriackim w Warszawie.

Oprócz mnóstwa prezentów udało mi się pogadać dłuższą chwilę z Johannem Peterką, jednym z moich ulubionych ilustratorów książkowych. Wiele lat temu niemieckie wydawnictwo Heyne – nadal wydają dużo fantastyki – zamieszczało w książkach SF&F ilustracje. Między innymi Mark van Oppen czyli Marvano, gość warszawskiego Polconu 2007, robił ilustracje do książek Heynego. Udało mi się wziąć od niego podpis na jednej z książek, sic! Drugim ulubionym ilustratorem jest właśnie Johann Peterka, który robił ilustracje m.in. do smoczego cyklu ś.p. Anne McCaffrey. Przemiły facet, świetnie mi się z nim rozmawiało. Wszystkie ilustracje są właśnie jego autorstwa, a wzięte są ze strony epilogue.net

A w następny weekend pojechałam do domu i miałam tyle planów, z których kilka nie wypaliło, ale i tak jestem zadowolona. I stwierdzam, że jazda pociągiem, nawet bez kuszetki jest o niebo wygodniejsza od jazdy autobusem. Nowe wagony kolejowe mają takie wygodne rozsuwane siedzenia i tylko sześć osób w przedziale. No i udało mi się w końcu być na jakimś spotkaniu z autorem we Wiedniu. Tada Williamsa nie udało mi się tym razem spotkać, ale byłam na promocji najnowszej książki włoskiej pary małżeńskiej Sorti i Monaldi, żyjących na swoistym wygnaniu w Wiedniu. Są autorami cyklu, w założeniu siedmioczęściowego, o opacie Atto Melanim i właśnie wydali czwarty tom z cyklu. A ja sobie przy okazji przypomniałam, że mam pierwsze trzy tomy w domu w Warszawie. Ciężkie były, w twardej oprawie, pięknie wydane przez Świat Książki. Ale mam oba podpisy!

Wczoraj mieliśmy imprezę świąteczną w firmie, w stylu lat 80-tych, z karaoke. Mieliśmy się wszyscy przebrać. Niektórym wyszło to świetnie. A mnie do tej pory boli gardło od śpiewania. Nawet nie wiem, czy nie fałszowałam i w jakiej tonacji śpiewałam, bo i tak chodziło o to, żeby śpiewać jak najgłośniej. Zresztą publiczność też się włączała w śpiew każdej z grup. Było nas coś koło siedemdziesięciu osób, więc nie było jak śpiewać indywidualnie. Zresztą pewnie szefostwo nie chciało, żeby ludzie się zbłaźnili. Wyszło bardzo przyjemnie. Ale jak w końcu ludzie zaczęli palić poza kajutą palaczy, ja postanowiłam iść do domu. Jest to jedna z tych rzeczy, do których nigdy się nie przyzwyczaję w Austrii. Tutaj tak strasznie dużo ludzi pali. I to wszędzie.

A dziś Niepokalane Poczęcie Najświętszej Marii Panny i dzień wolny od pracy w Austrii. O dziwo niektóre sklepy były czynne. Ani chybi wietrzyły dodatkowy zysk na zakupach przedświątecznych. Ja zresztą też skorzystałam i dwa razy – bez samochodu ciężko się ze wszystkim zabrać – wybrałam się do sklepu z wyposażeniem wnętrz i meblami. Obkupiłam się niemożebnie, wszystko już na nowe mieszkanie. Przeprowadzka już za tydzień. Brakuje mi jeszcze prześcieradła i talerzy, z najpotrzebniejszych rzeczy. Resztę się będzie dokupywać powoli. A w styczniu może i coś jeszcze się przywiezie większym transportem z Polski.

 

Published in: on Grudzień 8, 2011 at 8:58 pm  Dodaj komentarz  

Szekspirowska burleska

Moja firma oprócz tego, że pracują w niej nadgorliwi ludzie (na liście przyjść i wyjść znalazłam wpis przyjścia jeszcze sprzed 7 rano! Zgroza!!) sponsoruje jeden z wiedeńskich teatrów, Burgtheater, czyli właściwie narodowy teatr austriacki. Jakoś jeszcze nie sprawdziłam, co to za teatr. Szczerze mówiąc jakoś mi się nie chciało. Jak będę wreszcie miała jakiś sensowny Internet, to sobie będę mogła surfować do woli, ale póki co ograniczam sobie dostęp do Internetu. 2GB kosztuje 9,90 a megabajty uciekają jakby je gonił co najmniej tyranozaur. Właśnie przed chwilą mój modem poinformował mnie, że zostały mi już tylko 2 euro i że jak najszybciej powinnam doładować swoje konto. No cóż, może nie powinnam była dziś ściągać tych wszystkich instrukcji nakładania akrylu na paznokcie, ale za to dziś po raz pierwszy własnoręcznie założyłam sobie akrylowego tipsa na mój biedny paluszek. Kilkanaście lat temu uszkodziłam sobie macierz jednego z paznokci i od tamtej pory mi się rozdwaja, wzdłuż, aż do żywego mięsa. Przycinanie na krótko nic nie pomaga. Nakładanie żelu i odżywek nic nie daje. Pomaga tylko akryl. Od kilkunastu lat mniej więcej raz na miesiąc nakładam u manikiurzystki jeden tips akrylowy. Taka ciekawostka. Szczegół z życia Kobiety z Wysokiego Zamku, o którym zapewne nie wiedzieliście. I pewnie nie chcieliście wiedzieć, LOL.

Ale wracajmy do naszych baranów. Otóż moja firma znalazła sobie sposób na wspieranie kultury z dopieszczaniem klientów. Sponsorujemy Burgtheater i w zamian za to mamy preferencyjne bilety na przedstawienia, na które możemy zapraszać naszych klientów. W ramach biletów jest zwiedzanie teatru, a jest co zwiedzać. Dzięki wikipedii nie muszę polegać na swojej dziurawej pamięci tylko mogę się posiłkować faktami. Wystarczy zapamiętać stronę w wikipedii jako PDF i można sobie z niej korzystać dowolnie. Burgtheater już w chwili swojego powstania był wyjątkowy. Uważany jest za jedną z najważniejszych scen w Europie, drugi najstarszy teatr w Europie po Comédie-Française i największy niemieckojęzyczny. Obecny budynek został otwarty w październiku 1888 roku. W czasie II WŚ został zbombardowany i prawie całkowicie się spalił. Po odbudowie nastąpiło ponowne otwarcie 14 października 1955. Nie będę przepisywać tu wszystkich informacji, w jakim stylu i przez kogo został zaprojektowany, te informacje są do sprawdzenia. Dla mnie najciekawsze było, że Gustav Klimt wraz z bratem Ernstem i Franzem Matschem wykonali malowidła na suficie obu klatek schodowych nowego teatru. Oczywiście klatki schodowe były tylko dla cesarza i arcyksięcia. Pospólstwo i arystokracja korzystali z innych wejść.

Najciekawsze w Burgtheater są jednak jego założenia techniczne. Postanowiono w nim zainstalować oświetlenie elektryczne, czyste, jasne i ciche. A scena zachwycała nowinkami technicznymi. Po wojnie również postanowiono dokonać rzeczy niespotykanych. Scena główna wyposażona jest w obrotowy cylinder o średnicy 21 m z czterema zapadniami, które mogą zjechać prawie 9 m w dół. W sumie cała scena ma wysokość 5 pięter. Oprócz tego można opuścić przednią część, w której zmieści się orkiestra złożona z 70 muzyków. Na wypadek pożaru scenę można w ciągu 28 sekund odgrodzić od widowni żelazną kurtyną, która przez 20 minut powstrzyma ogień.

Zwykle do teatru zapraszamy klientów, ale tym razem nasz dyrektor finansowy postanowił zaprosić swój dział administracyjno-finansowy – pod który również podlegam – na przedstawienie. Dziewczyny wybrały „Wieczór trzech króli czyli jak wam się podoba” Szekspira. Zapewne dlatego, że komedie Szekspira są zawsze dobre. Zaproszenie na przedstawienie obejmowało również zwiedzanie teatru za kulisami i przekąskę w kuluarach. Oprowadzający nas pracownik teatru miał bardzo dużo do powiedzenia, dużo więcej, niż ja tu byłam w stanie napisać, ale chyba musiałabym pana nagrać, bo mówił tyle, że nie sposób było spamiętać. Budynek robi w każdym razie piorunujące wrażenie. I całkiem przyjemnie było się oddać rozkoszom podniebienia w saloniku, w którym cesarz Franz Josef podejmował na audiencji. Tak, myślę, że to całkiem skuteczny sposób robienia dobrze klientom.

Posilona i podekscytowana perspektywą oddania się intelektualnemu przeżyciu i przeżywaniu przedstawienia z pierwszego rzędu udałam się na widownię. Wiedziałam, że przedstawienie będzie bardzo nowoczesne, bo zobaczyłam zdjęcia aktorów w programie. Program zresztą rewelacyjny, zrobiony na przewodnik po Ilirii, z informacjami, co można w Ilirii zwiedzić, gdzie się zatrzymać, jakie są zwyczaje i tym podobne. Ogromnie mi się ten program podobał i sądziłam, że przedstawienie będzie równie ciekawe.

Nie byłam jednak przygotowana na to, że reżyser postanowił z Szekspira zrobić burleskę czy też kiepską komedię slapstickową i od nowa napisać tekst, a przynajmniej mocno go pozmieniał. Żarty chwilami przypominały żarty spod budki z piwem, albo z kiepskiego kabaretu, jakieś tam różne Ani Mru Mru czy cokolwiek innego, co jest w Polsce popularne. Poziom „Kiepskich” albo „Badziewiaków”. A ja z kabaretów uznaję tylko Kabaret Starszych Panów albo OT.TO, czy Grupę Mocarta. Nachalne akcentowanie aspektów seksualnych też w moim mniemaniu nie było konieczne. Może za czasów Szekspira coś takiego nie szokowało, może Szekspir pisał to, co ludzie chcieli usłyszeć, ale ja chyba jestem trochę wiktoriańska i żarty poniżej pasa mnie nie śmieszą. Chyba nie chodzi o brak zrozumienia językowego, bo kilka żartów wydało mi się śmiesznych, ale ogólnie całe przedstawienie nie wydało mi się śmieszne, chwilami wręcz było dla mnie żałosne.

Po przerwie grzecznie przeprosiłam naszą grupkę, tłumacząc się tym, że przedstawienie zupełnie mi się nie podoba i boli mnie głowa i chciałabym się wyspać. Dodatkowo zdegustował mnie fakt, że pani kelnerka nie mogła mi zaoferować herbaty! Poczułam się zupełnie jak ta Polka zwiedzająca czeski browar. Niestety, w Austrii nie pija się herbaty. A jeśli już, to obrzydliwą Teekanne, która okazuje się, że jest austriacką marką. Można też dostać Meinla, też lokalną markę, ale Meinl znany jest głównie z kawy. Zresztą podobno austriackie kawy też nie są najlepsze.

Nie wiem. Nie znam się na kawach. W kawach najbardziej mi się podobają dodatki. Te wszystkie aromatyczne dodatki, przyprawy, syropy smakowe, mleka wpienione i bite śmietanki. A z podawania kawy z tymi wszystkimi dodatkami Austriacy zrobili sztukę. Wiedeńska kawa i moje z nią doświadczenia wymagają chyba osobnego wpisu. Próbowałam ostatnio w dniu kawy tej najbardziej ekskluzywnej kawy kopi luwak. Kto chce, niech sobie sprawdzi, w jaki sposób kawa owa uzyskuje swój rzekomo wyjątkowy smak. Dla mnie była po prostu kwaśna. A kwaśnych kaw nie lubię. Bardzo.

Tak więc brak herbaty podczas przerwy był gwoździem u trumny. Podziękowałam grzecznie i poszłam do domu. Na szczęście mieszkam przy metrze, więc właściwie wszędzie mam blisko. A przedstawienie w sumie skończyło się grubo po 23:00, zacząwszy się o 19:30. Nie dokończyłam przedstawienia, ale na szczęście mam w domu całą kolekcję szekspirowską w wydaniu BBC i właśnie sprawdziłam na stronie kulturalnego sklepu Agory, że mają również „Jak wam się podoba”. Za parę dni jadę do Warszawy na Wszystkich Świętych, to przywiozę płytkę ze sobą do Wiednia i będę mogła zobaczyć Szekspira w takim wydaniu, w jakim lubię. Do dziś pamiętam te przedstawienia BBC z Teatru Telewizji. Może poszukam przy okazji jakiegoś przedstawienia, w którym zagrał Patrick Stewart. Dzielny Jean-Luc Picard nie zawsze był kapitanem statku kosmicznego Enterprise.

Published in: on Październik 23, 2011 at 9:45 am  Dodaj komentarz  

Panem et circenses

Nadchodzi jesień. Babie lato długo trzymało, ale zmiana pogody nadeszła nagle i gwałtownie. I jak to na jesieni, ogarnia mnie chęć zagrzebania się pod pierzyną i zaśnięcia aż do wiosny. Dlatego jakoś nie bardzo chciało mi się uzupełniać bloga. Zresztą właściwie nie było o czym pisać. Pisałam już wcześniej, że w mojej firmie chyba panuje pracoholizm. Ludzie wpadają o godz. 08:00 albo i wcześniej (na szczęście jednak nie wszyscy) a wychodzą nie wiadomo kiedy, ale grubo po 18:00. Czy oni nie mają życia prywatnego, czy jak? Ja w każdym razie znam ciekawsze sposoby spędzania wolnego czasu, niż siedzenie w biurze.

Wróciłam z Polski po wyborach i właściwie nic się nie działo. To znaczy u mnie nic się nie działo. Bo polska scena polityczna chyba mocno się zatrzęsła. Ciekawe, jak teraz namiesza ruch poparcia Palikota. Na szczęście w piątek nawiedzili mnie znajomi z Krakowa i przełamali marazm, w który powoli popadłam. Na ich cześć postanowiłam ugotować ryż z warzywami, pieczarkami, czerwoną cebulą i kurczakiem. Ale nie jestem zbyt dobrym kucharzem. Coś nie przyprawiłam ani ryżu, ani warzyw. Mojej mamie wychodzi to znacznie lepiej. Nie tracę jednak nadziei, że za czas jakiś będę w stanie przyrządzić coś zjadliwego. Przynajmniej żaden nie powie, że u mnie „zupa była za słona”.

Na szczęście moi znajomi są wyrozumiali, więc przełknęli ryż nieposolony i spędziliśmy bardzo miły wieczór. Wcześniej zeszliśmy pół ulicy w poszukiwaniu otwartej trafiki, żeby kupić bilet do parkowania. Ale po 18:00 w Wiedniu wszystkie takie instytucje są zamknięte. Tutaj w ogóle większość miejsc zamyka o godz. 18:00. Nawet w okolicach tradycyjnie odwiedzanych przez turystów. W końcu kupiliśmy bilety parkingowe na stacji metra. W sumie Adams mówił tak od początku, żeby tam zajrzeć. Trzeba było go posłuchać. Ale wtedy nie odkrylibyśmy sieciowej Bijou Brigitte z uroczą biżuterią halloweenową z nietoperzami. A ja zbieram nietoperze.

Na sobotę zaplanowałam wycieczkę do muzeum w dawnym Carnuntum, ogromnym garnizonowym mieście, jakieś 40 km na wschód od Wiednia, mniej więcej w połowie drogi do Bratysławy. Jeśli ktoś myślał, że Vindobona, jak w starożytności nazywano Wiedeń, się liczyła, to się myli. Carnuntum, to było to. Nie sądziłam, że starożytne miasta mogły być tak wielkie. Całe miasto wraz z obozem wojskowym liczyło ponad 50.000 dusz, miało dwa amfiteatry, z których jeden mógł pomieścić 12.000 widzów.

To starożytnym Rzymianom Wiedeńczycy zawdzięczają uprawę winorośli. Nie dziwota, Rzymianie lubili popijać poscę, czyli wodę z octem winnym. Przy okazji dygresja – mam dziwne wrażenie, że gdy ewangelie piszą, że Jezusowi na krzyżu podawano gąbkę nasączoną octem, w rzeczywistości chodziło właśnie o ową poscę, wodę z octem winnym, będącą ogólnie przyjętym napojem orzeźwiającym. Zwykła woda chyba była niezbyt zdrowa w tamtych czasach. Ale to takie moje skojarzenia misia o bardzo małym rozumku. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli myślę źle.

Rzymianie lubili też komfort i ciepło. W archeologicznym parku, muzeum na wolnym powietrzu Carnuntum – Petronell (nazwanym tak od zamku, w okolicach którego odkopano pozostałości Carnuntum) rozciągają się odkryte fundamenty różnych budowli, ale dla zwiedzających odtworzono kilka budowli, zdaje się, że na oryginalnych fundamentach, przynajmniej tak to wygląda. Powinnam się lepiej przygotować, poczytać więcej o wykopaliskach w Carnuntum, poszperać w Internecie, ale mobilny Internet to strasznie denerwująca sprawa, więc praktycznie nie jestem podłączona do sieci. Ale nawet bez szczegółowych informacji – które w wolnej chwili sobie uzupełnię – muzeum w Carnuntum robi wrażenie. A odkopano tylko ok. 0,5% całego terenu. Najbardziej mi się podobały publiczne łaźnie, zwłaszcza pomieszczenie zwane Caldarium.

Jestem z natury swojej istotą ciepłolubną. Zawsze sobie to tłumaczyłam faktem – może zupełnie bez sensu – że urodziłam się w Indiach i pierwsze dwa lata swojego życia tam właśnie spędziłam. A wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie… Niemniej jednak podobałoby mi się mieszkanie w takiej rzymskiej willi. Mieli bieżącą wodę, ogrzewanie podłogowe i fenomenalne łaźnie publiczne z dużą ilością gorącej wody.

Oglądając z Jolą pomieszczenia w Willi Urbana (nie, nie tego Urbana, willa urbana czyli willa miejska) doszłam do wniosku, że nawet życie jako niewolnik w takiej willi, n.p. jako taki skryba, było całkiem niezłe. Właściciel za dobrego niewolnika musiał całkiem sporo zapłacić. A potem musiał o niego dbać (wszak była to lokata kapitału i wartościowy przedmiot), łożyć na jego utrzymanie. Taki niewolnik miał wikt i opierunek. Nie musiał się martwić o to, gdzie będzie mieszkał, bo mieszkał w pięknej wilii swego pana, nie martwił się o to, czy będzie miał co do garka włożyć, bo o to też dbał jego pan. Nie martwił się o swoją przyszłość, bo ta była już ustalona za niego. A po jego śmierci, pan za jego zasługi mógł postawić mu imponujący grobowiec-pomnik.

Czym nasza współczesna dola różni się od życia takiego skryby niewolnego? W sumie mamy gorzej, bo musimy sobie takiego dobrego pana poszukać i musimy się bardzo starać, żeby tego pana zachować. Na dodatek nie znamy dnia ani godziny, kiedy możemy stracić te wszystkie przywileje. I zostaniemy z niczym. A jak wykazałam w swojej pracy magisterskiej o antyutopiach, człowiek pragnie oddać odpowiedzialność za swoje życie komuś innemu, kto będzie za niego myślał i za niego decydował. Człowiek pragnie być niewolny. Tylko nieliczne jednostki buntują się przeciwko temu. Cała reszta dla swojego bezpieczeństwa oddaje kawałek po kawałku swoją wolność.

Reszta rozważań w kolejnych wpisach.

Published in: on Październik 17, 2011 at 7:27 pm  Comments (1)  

Wielkie oczekiwania czyli wielkie pfffff

Tydzień po pełnym wrażeń przedłużonym weekendzie (czwartkowa wiedeńska trawka, piątkowi fantaści, sobotnie grillowanie z duszpasterstwem akademickim i niedzielna giełda komiksów, na której kupiłam dvd – mniamuśny turecki film SF, parodia wszelakich hitów) minął stanowczo za szybko i jakoś niezauważenie, a w piątek w nocy wyjeżdżałam już do domu na weekend. Plany i zamiary miałam wielkie, ale jak to mówią, dobrymi chęciami jest wybrukowana droga do piekła. W zasadzie nie udało mi się nic załatwić z tego, co zamierzałam.

Nie poszłam na wybory, pierwszy raz od bardzo dawna, bo nie miałam czasu. Zresztą i tak nie było na kogo głosować. Zieloni, na których ewentualnie mogłabym głosować i tak nie przeszli. A cała reszta towarzystwa startującego zupełnie mi nie odpowiadała. Przecież nie będę głosować na postkomunistów! Ale polityka przyprawia mnie tylko o niestrawność, więc nie będę o niej wspominać.

Nie udało mi się również wybrać na giełdę minerałów i wyrobów jubilerskich. A tak się na to nastawiałam. Miałam nadzieję, że znajdę odpowiednie krawatki do zawieszek, może kilka ciekawych wisiorów, bazy do naszyjników modułowych, może trochę koralików modułowych. Niestety bilokacja jeszcze mi nie wychodzi, o wszechobecności już nie wspominam.

Udało mi się za to pójść do kina na „1920. Bitwa Warszawska”. I to jest właśnie owo wielkie „pfffff”. Tak samo wielkie „pfffff”, które odczułam po ujawnieniu ostatniej tajemnicy fatimskiej. Nic tam nie było strasznego, tak samo niestety jak nie było nic wielkiego w filmie Hoffmana. Przykro mi to mówić, ale wydaje mi się, że Jerzy Hoffman wielkim reżyserem nie jest. Owszem, „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego” ogląda się nadal z przyjemnością i częstokroć wzruszeniem, ale „Ogniem i mieczem” pozostawiało jakiś niedosyt.

I właśnie taki sam niedosyt miałam po „1920. Bitwa Warszawska”. Spodziewałam się Bóg wie czego, miałam rzeczywiście wielkie oczekiwania, a tu wielkie „pfffff”. Już na wiosnę oglądałam zajawki w kinie i zapowiadało się widowisko. A tutaj jakoś nic do siebie nie pasowało, ani tym bardziej mnie nie pasowało. Muzyka była beznadziejna, co dziwiło, bo wszak Krzesimir Dębski jest dobrym kompozytorem muzyki filmowej. Daniel Olbrychski, mimo całej mojej sympatii dla jego talentu zupełnie mi nie pasował na Piłsudskiego. O wiele bardziej mi odpowiadał w tej roli Mirosław Baka, który odtwarzał Marszałka w serialu TVP „1920. Wojna i miłość”.

Miałam niedosyt polityczno-historyczny, bo nie mogłam się połapać, o co chodzi. Nie jestem zbyt wyedukowana historycznie, ale jeśli byśmy chcieli pokazywać ten film zagranicą, to obcokrajowcy będą wiedzieli jeszcze mniej na temat historii Polski niż ja i się w niczym nie połapią. Ale jeszcze z innego względu nie należy tego filmu pokazywać zagranicą.

Efekty 3D… Niestety i na ten temat nie da się powiedzieć niczego dobrego. Jeśli przypomnicie sobie obrazki stereoskopowe, które dawały rzekomy efekt trójwymiarowości, ale które jednocześnie były strasznie rozmazane. I właśnie takie wrażenie odniosłam na filmie Hoffmana. Widać niestety, że za mało pieniędzy w moc obliczeniową komputerów zostało włożone. Efekty 3D są niezłe, kiedy jednorodne i w miarę statyczne elementy się przemieszczają, n.p. jedzie na nas pociąg, albo coś leci. Ale to jest film wojenny, batalistyczny, tu dużo się dzieje, tu ludzie walczą z sobą. I wszystko jest w ruchu i wszystko się rozmywa i wygląda trochę jak na takim stereoskopowym obrazku. Zresztą nawet statyczne i proste wnętrza, jak salonka pociągu, którym jedzie chyba Trocki wygląda strasznie sztucznie. To na samym początku. A potem robi się już tylko gorzej z efektami.

Może to wina innych okularów 3D, bo teraz już nie wypożyczają specjalnych okularów, tylko dają na własność (za dodatkową opłatą 3 zł) i ogląda się jakoś dziwnie. Choć gdy oglądałam zabawkę „Johna Cartera”, który ma wejść do kin w przyszłym roku, to tam 3D wyglądało zupełnie inaczej. Więc to chyba jednak kwestia tego, że mamy za słabą moc obliczeniową komputerów. Kto jeszcze nie był, niech idzie na krótki film „Miasto ruin” w Muzeum Powstania, który zrealizował Tomasz Bagiński. Efekty są niesamowite. Ale to jednak proste widoki i krótki film, a jednak realizacja jego zajęła mnóstwo czasu.

Póki co, chyba wybiorę się do kina na „Jak zamordować szefa” czy jakoś tak. Tu przynajmniej nie będę miała zbyt wygórowanych oczekiwań.

Published in: on Październik 10, 2011 at 7:32 pm  Dodaj komentarz  

Instynkt stadny

Człowiek jest istotą społeczną. Takie przynajmniej wyniosłam wrażenie z zajęć z psychologii na studiach (baaardzo dawno temu), lektury (okrojonej) Elliota Aronsona i jego „Człowiek istota społeczna” oraz własnych obserwacji. Oczywiście są też ludzie, którzy z rozmysłem zamykają się na innych, odcinają się, zamykają w różnych pustelniach i jest im dobrze. Ale chyba jednak większość ludzi pragnie czuć przynależność do jakiejś grupy. Przynajmniej ja, miś o bardzo małym rozumku tak to widzę.

Fani fantastyki spotykają się celem wymiany doświadczeń, bycia z ludźmi myślącymi podobnie, lubiącymi podobne rzeczy, z którymi można się posprzeczać na poziomie i od których można się czegoś nowego dowiedzieć. Ukoronowaniem naszego instynktu stadnego i pragnienia bycia w grupie są konwenty. Od kiedy odkryłam fandom nie jestem w stanie się od niego uwolnić. Zaspokaja moje potrzeby intelektualne i pragnienie bycia w grupie ludzi myślących w podobny sposób.

Ale jako przysłowiowy bliźniak mam bardzo różne zainteresowania i potrzeby duchowe. Urodziłam się w tych dawnych czasach, kiedy świat był jeszcze normalny, spokojny, a młodzież w szkole grzeczna. A że dzieciństwo moje przypadło na czas spędzony za granicą, w RFN – a przynajmniej 5 ważnych lat – to i na religię chodziłam w szkole i uważałam to za coś zupełnie normalnego. Ba, raz w tygodniu mieliśmy przed lekcjami, co środę mszę św. w kościele katolickim. I po dziecięcemu uważałam się za lepszą od protestantów, wszak oni biedni mieli mszę szkolną tylko raz w miesiącu. Bardzo lubiłam chodzić na te msze szkolne.

Potem wróciliśmy do Polski i trochę chodziłam na religię do parafii, a trochę nie, matury z religii nie zrobiłam. Ale byłam w Oazie i wspominam to doświadczenie z przyjemnością, radością i wdzięcznością. Bóg jest obecny w moim życiu nieustannie, czasami jestem trochę bliżej niego, czasami trochę dalej, ale nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, że istnieje, że jest wśród nas, że działa i kocha nas. Jest to dla mnie fakt tak samo oczywisty, jak to że Ziemia krąży wokół Słońca. Nigdy nie wątpiłam w istnienie Boga. Może to mój osobisty dar. Tak uważa moja koleżanka, mój duchowy przewodnik. Mam za to problemy z zaufaniem Bogu, ale to już zupełnie inna historia i mój osobisty demon, z którym walczę. Nikt nie jest doskonały. Choć może to też jest dar, że muszę usilnie nad sobą pracować i stale uświadamiać sobie, że Bóg mnie kocha i że mogę mu zaufać, że powinnam mu zaufać. Wszak powinniśmy nad sobą pracować, codziennie mówić Panu Bogu tak.

W maju i czerwcu tego roku miałam bardzo ciężki okres w życiu. Ważyły się losy mojego życia zawodowego i w wyniku tego wszystkiego wylądowałam w Wiedniu. Może nie całkiem dobrowolnie, ale wszystkie najlepsze rzeczy, które przytrafiły mi się w życiu, pojawiały się znienacka i nieoczekiwanie. Tak to już jest, że z początku często nie uświadamiamy sobie, że coś, co nas spotkało jest wielkim dobrem, a nie nieszczęściem i końcem świata. Jak już pisałam we wcześniejszych wpisach, na starość robię się pokorna i spokojna. Oj, uśmiecha się do mnie ten Marek Antoniusz. O ile go nie zdjęłam z półki, to nawet wiem, gdzie jest i chyba tym razem się za niego wezmę. Przy okazji może i Św. Augustyna wyciągnę.

Ale wracając do naszych baranów, to wyjazd do Wiednia jest ciekawym doświadczeniem, ale oczywiście muszę wszystko zaczynać od nowa. Od nowa wejść w jakieś środowisko, w jakąś grupę. Zaczepiłam się trochę wśród wiedeńskiej grupy SF, choć nie jest ona do końca tym, czego się spodziewałam. Jak mawia mój brat, po pierwsze będzie inaczej, a po drugie niż myślisz.

W piątek wieczorem byłam zatem na spotkaniu fantastów, zaś w sobotę po południu wybrałam się na grilla, ulubioną ostatnio rozrywkę Polaków. Wygooglałam polski kościół w Wiedniu, bo msze św. w mojej parafii, tej wiedeńskiej, mi jakoś zupełnie nie odpowiadały. I poszłam na wieczorną mszę niedzielną. Okazała się mszą studencką i ksiądz zapraszał młodzież studiującą i pracującą na spotkania duszpasterstwa. Jestem z pewnością młodzieżą nieco starszą, ale doświadczenia fandomowe jakoś mnie w stronę młodzieży skłaniają.

Spędziłam wspaniałe popołudnie, które przeciągnęło się aż na wczesny wieczór w zacisznym ogrodzie parafii św. Severina na Vinzenzgasse. I jak to wśród Polaków bywa, mówiliśmy o wszystkim i niczym, albo jak kto woli „über Gott und die Welt”, o Bogu i świecie. Czyli „Życie, wszechświat i cała reszta”. Tytułowej ryby nie było, ale kiełbaski i szaszłyczki były pyszne. I mam teraz kolejną grupę, z którą mogę się utożsamiać i identyfikować, która wyznaje podobne wartości, jak ja – albo odwrotnie, ja wyznaję podobne wartości, co oni. I czuję, że przynależę do nich, że się tu odnalazłam.

Tylko przydałaby mi się teraz taka procedura, jak z „Hiszpańskich żebraków” (choć tam poddawano chyba tylko dzieci, a raczej poddawano same embriony genetycznej modyfikacji, niech mnie ktoś poprawi), żebym znalazła na wszystko czas. I kiedy ja mam w końcu przetłumaczyć tę książkę, oglądać filmy, czytać św. Augustyna i Dukaja i chodzić na spotkania?

Published in: on Październik 7, 2011 at 5:18 pm  Dodaj komentarz  

Et in Arcadia ego…

Fandom lubuje się w akronimach, skrótowcach, jak FIAWOL albo GAFFIA. I właśnie FIAWOL jest chyba dla nas wszystkich fandomowiczów ważny, bo FIAWOL to Fandom Is A Way Of Life czyli Fandom Jest Sposobem Na Życie. Wcześniej pisałam o GAFFIA, Get Away From It All, wyłączeniu się z wszystkiego, zrobieniu sobie przerwy, ale z fandomu się nie odchodzi, fandom wchodzi pod skórę, wchodzi w krew. I tego mi brakuje w Wiedniu, naszego polskiego fandomu.

W piątek poszłam na spotkanie wiedeńskiej grupy miłośników fantastyki, instytucji wielce szacownej, założonej już w latach 50-tych. I sądząc po wieku większości uczestników, część z nich pamięta te czasy. Szłam na to spotkanie z dużymi nadziejami, zresztą polecał mi je Dave Lally, przewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia SF, który podobnie jak ja uwielbia być fanem i wierzy w to, że dokądkolwiek by go życie rzuciło, dzięki fantastyce wejdzie w środowisko ludzi podobnie myślących, odnajdzie krąg przyjaciół.

I po części jest to prawdą. Ale ja się czegoś innego spodziewałam. Fandom w Polsce działa na innych zasadach i jest bardzo zróżnicowany wiekowo. Choć większość fandomowiczów jest raczej w wieku studenckim bądź licealnym. A ja zapomniałam, że na zachodzie do fandomu należą głównie ludzie w średnim wieku i tacyż też jeżdżą na konwenty. Ale w Austrii nie ma konwentów, praktycznie nie ma życia fandomowego, nic się nie dzieje.

Ukułam sobie na ten temat teorię. Fandom w Polsce i innych krajach byłego bloku wschodniego się rozwinął z niedosytu i braku. Jak chcieliśmy czytać literaturę, musieliśmy się skupiać i albo ją sobie pożyczać, bo niczego nie było, albo wręcz sami ją tłumaczyć i wydawać. Fandom w obecnej postaci powstał z gospodarki braku. A teraz funkcjonuje siłą rozpędu, bo pojawiają się nowi ludzie i im się ta koncepcja podoba. A na zachodzie do wszystkiego mieli dostęp i nie musieli się skupiać, żeby się wymieniać książkami czy filmami. Więc tylko wyjątkowe jednostki się skupiały.

Zresztą nawet fandom brytyjski nie jest tak zorganizowany jak polski. A co to jest 5000 osób na Worldcon? I ile osób głosuje na Hugo? Zaledwie kilkaset. Całej reszty to nie interesuje. Większość konwentów na zachodzie to konwenty medialne, poświęcone Star Trekowi, czy innemu popularnemu serialowi i mają program zapewne bardzo okrojony, służący tylko zdobyciu zdjęcia z podpisem ulubionego aktora a dla organizatorów są źródłem wielkiej kasy.

Co o mojej teorii sądzicie?

Published in: on Październik 6, 2011 at 7:39 pm  Dodaj komentarz